Na liczniku nadal 63 kg. Szczerze jednak przyznam, że ostatnie dwa tygodnie miały niewiele wspólnego z dietą. Po pierwsze - ruchu niemal zero (zanim zaczęłam urlop to niemal przyrosłam do fotela - tyle miałam do przerobienia dokumentacji w pracy). Natomiast ostatni tydzień - od 12 lipca, to szaleństwo wakacyjno - imprezowe. Moja codzienność to leżing/ plażing/ basening/ i NIESTETY łomżing też. Generalnie tryb urlopowy pod hasłem „drink z palenką w basenie”, a do tego hurtowo owoce sezonowe: agrest, porzeczki, wiśnie, jagody - do oporu. Dziś u pani dietetyk obiecałam, że koniec z tym dogadzaniem i wracam na właściwe tory. Zatem - trzymajcie kciuki :)